Telefon

+48 609 462 850

Email

kontakt@willaornak.pl

Traditional polish smoked cheese oscypek on outdoor market in Zakopane

Podhale słynie z wyjątkowej kuchni, która łączy tradycję pasterską z regionalnymi smakami.

Oscypek

Oscypek to nie tylko ser — to żywy pomnik kultury pasterskiej Podhala, który przetrwał wieki niemal niezmieniony. Jego historia sięga co najmniej XV wieku, a pierwsze wzmianki o serze wyrabianym przez pasterzy w Tatrach pochodzą z 1416 roku. Przez stulecia receptura przekazywana była wyłącznie ustnie, z ojca na syna, z bacówki do bacówki.

To, co czyni oscypka naprawdę wyjątkowym, zaczyna się od mleka. Powstaje on wyłącznie z mleka owiec rasy polska owca górska, a sezon jego wyrobu trwa od maja do października, kiedy owce pasą się na halach. Prawdziwy oscypek musi zawierać co najmniej 60% mleka owczego — resztę stanowi mleko krowie. Charakterystyczny wrzecionowaty kształt z ornamentem to nie tylko kwestia estetyki, lecz dziedzictwo pokoleń. Pochodzi od drewnianych foremek zwanych oscypiorkami, które każdy baca rzeźbił sobie sam — wzory były niepowtarzalne i stanowiły swoisty podpis wytwórcy.

Charakterystyczny dymny smak oscypka pochodzi z wędzenia. Sery wieszane są nad paleniskiem w szałasie i przez kilka dni nabierają złocistobrązowej barwy. Dym działa przy tym jak naturalny konserwant, dzięki czemu ser mógł być przechowywany tygodniami bez lodówki — co w warunkach górskich hal było przez wieki absolutnie kluczowe.

W 2008 roku oscypek uzyskał unijne Chronione Oznaczenie Geograficzne jako jeden z pierwszych polskich produktów. Oznacza to, że prawdziwy oscypek może powstawać wyłącznie w ściśle określonym obszarze Podhala, Beskidów i Gorców, według tradycyjnej receptury. Trudno chyba o lepszy dowód na to, że niektóre smaki są zbyt cenne, żeby pozwolić im zniknąć.

Najlepiej smakuje grillowany z żurawiną.

Kwaśnica

Jest to jedna z najstarszych i najbardziej charakterystycznych potraw Podhala, a jej nazwa pochodzi wprost od tego, co w niej najważniejsze — od kwaśności, czyli od kiszonej kapusty, która stanowi jej serce i duszę.

Podstawą kwaśnicy jest wywar z kiszonych liści kapusty, gotowany powoli z żeberkami wieprzowymi lub kością wędzoną, niekiedy z dodatkiem kiełbasy. Żadnych zasmażek, żadnego zagęszczania — zupa ma być klarowna, intensywna i przeszywająca. Im bardziej ukiszona kapusta, tym zupa lepsza, bo właśnie ta głęboka kwasowość nadaje jej niepowtarzalny charakter. Mówi się, że prawdziwa kwaśnica powinna być na tyle mocna, że aż szczypie w policzki.

Co ciekawe, kwaśnica przez wieki pełniła na Podhalu funkcję nie tylko kulinarną, ale wręcz leczniczą. Górale podawali ją jako remedium na przeziębienie, wyczerpanie po całym dniu pracy na hali, a także — co nie jest tajemnicą — na kaca po zbójnickich ucztach. Kiszona kapusta dostarcza bowiem ogromnych ilości witaminy C i kwasu mlekowego, co czyni z kwaśnicy jedną z najzdrowszych zup tradycyjnej kuchni polskiej.

Dziś kwaśnica widnieje w menu niemal każdej góralskiej karczmy, serwowana najczęściej w chlebie lub w glinianych misach, które długo trzymają ciepło. Trudno sobie wyobrazić lepsze danie po całodniowej wędrówce po Tatrach — rozgrzewa od środka, syci i smakuje tak, jakby czas na Podhalu zatrzymał się gdzieś w połowie XIX wieku.

Moskole

Moskole to jeden z tych przysmaków, które nigdy nie trafiły na wielkie stoły ani do wykwintnych restauracji, a mimo to przetrwały wieki — bo były zbyt smaczne, zbyt proste i zbyt ważne, żeby o nich zapomnieć. To placki ziemniaczane wywodzące się z najbiedniejszych góralskich chat, gdzie ziemniak przez całe stulecia był podstawą przeżycia, a nie wyborem kulinarnym.

Przygotowanie moskoli jest zaskakująco skromne — gotowane ziemniaki miesza się z mąką, formuje w nieduże, płaskie placuszki i piecze bezpośrednio na blasze lub na żeliwnej patelni, bez tłuszczu, czasem wręcz na czystym ogniu. To właśnie ten sposób pieczenia, a nie smażenia, odróżnia moskole od innych ziemniaczanych placków znanych w polskiej kuchni. Skórka robi się przy tym lekko chrupiąca i przypieczona, środek zaś pozostaje miękki i kleisty — i w tej prostocie tkwi cały sekret.

Tradycyjnie moskole podawano z bryndzą, czyli miękkim, intensywnym serem owczym, który swoją słonością i ostrością świetnie równoważy łagodny smak ziemniaka. Niekiedy towarzyszyła im śmietana, masło lub żętyca — serwatka pozostała po wyrobie oscypka. To połączenie — ciepły placek i zimna, kwaśna bryndza — jest na Podhalu czymś w rodzaju kulinarnego absolutu, zestawem, którego nie trzeba ulepszać.

Etymologia nazwy potrawy do dziś nie jest do końca wyjaśniona — jedni wiążą ją z wpływami wschodnimi, inni twierdzą, że to po prostu stare słowo oznaczające coś ulepionego, ubitego, sprasowanego. Niezależnie od pochodzenia nazwy, moskole na stałe wpisały się w kulinarną tożsamość Podhala i dziś coraz śmielej wychodzą poza górskie schroniska, pojawiając się na festiwalach regionalnych i w modnych restauracjach jako dowód na to, że kuchnia biedoty potrafi być najpiękniejszym kulinarnym dziedzictwem.

Jagnięcina

Jagnięcina na Podhalu to temat, który łączy w sobie historię, kulturę pasterską i jeden z najbardziej wyrazistych smaków, jakie polska kuchnia regionalna ma do zaoferowania. Przez wieki była mięsem codziennym, a nie odświętnym — owce były na halach wszędzie, ich mięso było naturalną konsekwencją pasterskiego trybu życia, czymś tak oczywistym jak wiatr od Tatr czy śnieg w maju.

Góralska jagnięcina smakuje inaczej niż ta hodowana w nizinnych fermach, i nie jest to kwestia sentymentu ani lokalnego patriotyzmu. Owce pasące się na tatrzańskich i beskidzkich halach jedzą dziesiątki gatunków górskich ziół — tymianek, macierzankę, szałwię, dziką miętę — i to właśnie ta różnorodna dieta sprawia, że ich mięso jest intensywniejsze, bardziej aromatyczne i znacznie bogatsze w smaku. Terroir, które Francuzi przypisują winu, górale od zawsze nieświadomie przypisywali swojej owcy.

Najbardziej uroczystą i spektakularną formą przyrządzania jagnięciny na Podhalu jest pieczenie całego tuszy na rożnie, zwane po góralsku pieczeniem na ożogu. Przez kilka godzin mięso obraca się powoli nad żywym ogniem, polewane od czasu do czasu mieszaniną czosnku, soli i ziół, aż skóra staje się chrupiąca i złocista, a wnętrze miękkie i soczyste. Taki sposób pieczenia zarezerwowany był dawniej na wesela, dożynki i odpusty — dziś można go zobaczyć podczas festiwali regionalnych, gdzie zapach rozchodzący się po całej okolicy działa jak najskuteczniejsza reklama.

Równie ceniona jest jagnięcina duszona, zwłaszcza udziec lub łopatka przygotowywane w żeliwnym garnku z cebulą, czosnkiem, kminkiem i dużą ilością majeranku. Mięso gotuje się powoli przez kilka godzin na małym ogniu, aż samo odpada od kości i nasiąka aromatycznym sosem własnym. Podawane z ziemniakami gotowanymi w mundurkach albo z kluskami śląskimi, staje się jednym z tych dań, przy których stół milknie i zostają tylko dźwięki jedzenia.

Osobnym rozdziałem jest jagnięcina wędzona — przysmak, który na Podhalu ma równie długą tradycję co oscypek. Udźce lub żebra naciera się gruboziarnistą solą i ziołami, a następnie wędzi powoli nad zimnym dymem z drewna olchowego lub bukowego przez wiele godzin, niekiedy nawet przez całą dobę. Efektem jest mięso o głębokiej, mahoniowej barwie, intensywnym aromacie i smaku, który łączy w sobie słoność, wędzenie i subtelną ziołową słodycz. Wędzona jagnięcina była przez wieki naturalnym sposobem konserwowania mięsa na długie zimowe miesiące, kiedy owce stały w oborach, a świeżego mięsa nie było.

Warto wspomnieć też o baraninej w kapuście — potrawie prostszej, bardziej chłopskiej, ale absolutnie nieodzownej w góralskiej kuchni. Kawałki jagnięciny lub baraniny dusi się razem z kiszoną kapustą, kminkiem i liściem laurowym tak długo, aż granica między mięsem a kapustą niemal się zaciera, a cały garnek zamienia się w jednorodną, gęstą masę o intensywnym, kwaśno-mięsnym smaku. To danie nie wygląda efektownie, ale rozgrzewa i syci jak mało co inne.

Kalendarz religijny i pasterski od zawsze wyznaczał rytm spożycia jagnięciny na Podhalu. Najlepsze mięso pochodziło od jagniąt wiosennych, a wielkanocny stół bez pieczeni jagnięcej w wielu górskich domach był po prostu nie do pomyślenia. Dziś jagnięcina podhalańska przeżywa prawdziwy renesans — coraz więcej restauracji i gospodarstw agroturystycznych wraca do tradycyjnych receptur, a świadomi konsumenci z całej Polski specjalnie przyjeżdżają w Tatry, żeby zjeść coś, czego żadne miasto nie jest w stanie im zaoferować w takiej samej postaci.

Bundz i bryndza

Bundz i bryndza to dwa oblicza tego samego owczego mleka, dwa etapy tej samej drogi, którą górale Podhala przemierzają od wieków z taką samą cierpliwością, z jaką ich owce przemierzają tatrzańskie hale. Trudno mówić o jednym bez drugiego, bo bryndza właściwie nie istniałaby bez bundzu — jest jego dalszym ciągiem, jego dojrzalszą, bardziej skomplikowaną wersją, jakby ser postanowił przez kilka tygodni przemyśleć swoje istnienie i wyjść z tego procesu zupełnie odmieniony.

Bundz jest pierwszy. Powstaje bezpośrednio po podgrzaniu świeżego owczego mleka i dodaniu podpuszczki, która sprawia, że mleko się zsiada i tworzy delikatny, biały skrzep. Odciśnięty z serwatki i lekko posolony, bundz ma konsystencję miękkiego twarogu, smak łagodny, lekko kwaśny, z charakterystyczną owczą nutą, która jest subtelna, ale wyraźnie obecna. To ser młody, świeży, niecierpliwy — jedzony zazwyczaj od razu, jeszcze ciepły, prosto z bacówki, posypany szczypiorkiem lub polany śmietaną. Górale mawiają, że bundz smakuje najlepiej tego samego dnia, w którym powstał, i trudno się z nimi nie zgodzić.

Bryndza to bundz, który zdecydował się poczekać. Po kilku tygodniach dojrzewania, w czasie których ser fermentuje, rozkrusza się i nabiera charakteru, bundz rozciera się dokładnie z solą na gładką, kremową masę o intensywnym, ostrym i wyrazistym smaku. To właśnie ten proces — fermentacja i mechaniczne rozcieranie — sprawia, że bryndza jest zupełnie innym produktem niż jej spokojny poprzednik. Tam gdzie bundz jest łagodny i mleczny, bryndza jest bezkompromisowa, przeszywająca, z wyraźną kwasowością i słonością, które długo zostają na podniebieniu.

Bryndza od wieków była na Podhalu czymś więcej niż tylko serem — była walutą, zapasem na zimę i miarą dobrobytu całego gospodarstwa. Przechowywana w drewnianych beczkach, szczelnie ubita i zalana solanką, mogła wytrzymać przez całe miesiące, co czyniło ją nieocenionym źródłem białka w czasie, gdy świeże produkty były nieosiągalne. Każda bacówka miała nieco inną bryndzę — różniącą się stopniem ostrości, zawartością soli, czasem dojrzewania — i te różnice były powodem do dumy, przedmiotem rozmów i nieskończonych porównań przy góralskich stołach.

Dziś zarówno bundz, jak i bryndza objęte są unijną ochroną jako produkty tradycyjne, co jest zasłużonym uznaniem dla wielowiekowego rzemiosła. Bundz podhalański uzyskał status Chronionego Oznaczenia Geograficznego, a bryndza podhalańska — jako pierwszy polski produkt w historii — wpisana została na unijną listę już w 2006 roku, dwa lata przed oscypkiem. To symboliczne pierwszeństwo mówi wiele o randze, jaką ten niepozorny, ostry serek zajmuje w kulinarnym dziedzictwie południa Polski. Zjedzone razem na ciepłym moskolu, popite żętycą prosto z bacówki, stanowią jeden z tych smaków, których nie da się podrobić ani przenieść w inne miejsce — bo smakują tak, jak smakują, tylko tutaj.

Rekomendowane artykuły

rezerwacja